Finezyjna opowieść o uczuciu, które towarzyszy każdemu z nas – o miłości. Zaletą jest odwaga twórców, którzy nie bali się eksperymentować przy tworzeniu filmu i połączyć nie tylko różne techniki animacji ale również różne nurty artystyczne. Tak o „Oliwii i chmurach” piszą nasi recenzenci. Pełnometrażowa animacja ich oczarowała
Obraz, który widzieli członkowie Grupy Medialnej LFF jest jednym z ośmiu zakwalifikowanych do konkursu w kategorii Fokus: Granice. Jak tłumaczą organizatorzy festiwalu są tam średniometrażowe i pełnometrażowe filmy aktorskie, animowane i hybrydowe o wyraźnie autorskim stylu, poszukujące oryginalnych form opowiadania o współczesności.
Jaka jest tajemnica miłości?
Ostatnio na Lubelskim Festiwalu Filmowym miałam okazję obejrzeć film „Olivia i chmury” w reżyserii Tomása Pichardo Espaillata. To finezyjna opowieść z Dominikany o uczuciu, które towarzyszy każdemu z nas – o miłości.
Narracja oparta jest na nietypowej konwencji, w której dominują uczucia, barwy i kształty. Przekazana widzowi tak, że mimo braku możliwości jednolitego odczucia historii przez jej surrealistyczny charakter, twórcom udało się przekazać uczucia poprzez wizualizację emocji kolorami, strukturami i kształtami. Zabieg bardzo pierwotny, a jednocześnie wyjątkowo skuteczny.
Pomysł scenariusza wykorzystuje metaforę rozwijania się w relacji. Prezentowane wydarzenia rozpoczynają się od końca, znamy skutki wcześniejszych sytuacji, natomiast przyczyny odkrywamy wraz z rozwojem filmu.
Każda scena i sekwencja animacyjna wykorzystuje inną formę: od grafik, poprzez rysunki na receptach lekarskich, karteczki samoprzylepne, aż po ujęcia z kamery analogowej. Interpretuje to jako różne sposoby postrzegania świata przez bohaterów, który jest świetnym pomysłem na odzwierciedlenie ich osobowości. Dzięki przeplataniu dialogów z abstrakcyjnymi, pełnymi kolorów obrazami, powoli odkrywamy, że mimo pozornej chwiejności fabuły istnieje tu przemyślana konstrukcja. Dodatkowo muzyka wzmacnia emocjonalny odbiór całości, przez bebopowe i ambientowe elementy, dajemy ponieść się opowieści.
Ciekawym elementem jest też sposób, w jaki reżyser ukazuje miłość w różnych relacjach i grupach wiekowych między dziewczyną a chłopakiem, matką a synem, ale również w stosunkach trudnych do jednoznacznego nazwania. Główna relacja dotyczy tytułowej Olivii i jej „kogoś nie wiadomo w sumie kogo” – Ramona. Tu dzieje się tak metaforyczna opowieść o „samodorastaniu” w związku. A także są odpowiedzi na pytanie – Czy to jest to co sprawia że czuję się dobrze?
Jedna z ostatnich scen, w której Olivia wprowadza się do nowego mieszkania, ciągnąc za sobą ogromną, ciężką walizkę, świetnie podsumowuje tę historię. Gdy w końcu ją otwiera, w środku znajduje się Ramon. Daje nam to sugestię, że nawet jeśli postanawiamy odejść od danej osoby, to i tak pozostaje ona w naszym sercu, jako sentyment, wspomnienie lub emocjonalny ślad.
Osobiście jestem pod wrażeniem różnorodności, a jednocześnie spójności tej animacji. Przypomniał mi się cytat z filmu „Zwierciadło” Andrieja Tarkowskiego „Słowa nie mogą przekazać wszystkiego, co czuje dany człowiek”. Ta myśl idealnie oddaje moje nastawienie do tego filmu.
Połączenie tak wielu technik stworzyło złożoną, a zarazem subtelną opowieść o tym, że miłość pozostaje wielką zagadką pozbawioną logiki, a mimo to niezwykle nam bliską.
Czekam na więcej kina dominikańskiego, bo ten film pokazuje, że jest ono warte każdej pary oczu.
Maja Warmijak
Czuję więc jestem
„Oliwia i chmury” to film niezwykły. W efektowny sposób zakończył pierwszy weekend festiwalowy wprowadzając ciepły i świeży powiew w pluchowatą aurę nocy. Pełnometrażowy debiut reżysera Tomása Pichardo Espaillata z Dominikany jest zarazem pierwszą pełnometrażową animacją w historii jego ojczyzny. Film został ukończony w zeszłym roku po dziesięciu latach pracy.
Forma filmu jest równie złożona jak jego temat. Narracja jak żywy organizm pnie się, płoży i wciska w każdą szczelinę próbując znaleźć swoją niszę. Istnieje tu kilka rodzajów animacji, które zastępują się, przepychają, uzupełniają i wzajemnie przesłaniają. Obraz na początku wydaje się trudny do przebrnięcia, ale kiedy widz nauczy się poruszać po tym gąszczu może cieszyć oczy całym kalejdoskopem obrazów nieustannie poddawanych metamorfozie. A właściwie można mówić o jednym obrazie, gdyż wszystko jest płynne a każda scena jej element przechodzą w kolejne.
Zastosowane zostały różne techniki animacji – poklatkowa, plastelinowa, rotoskopia a nawet elementy wycinanki. Wachlarz zabiegów artystycznych obecnych w tym dziele przyprawia o zawrót głowy i nieustannie zaskakuje.
Fabuła filmu skupia się wokół poszukiwania miłości przez czworo bohaterów, którzy są zagubieni w swoich uczuciach. Brak linearności w opowiadaniu tej historii ale nie jest ona do niczego potrzebna. Narracja idealnie oddaje temat – uczucia, których doświadczamy w relacji z innymi. Animacja pozwoliła je pokazać w stanie nieomal czystym – oszczędna mimika postaci, ich gesty czy wygłaszane kwestie są drugorzędne wobec potoku metafor i symboli dających wgląd w duszę bohaterów.
Autor czerpiąc z realizmu magicznego umiejętnie nobilituje banał codziennych zmagań z życiem i ukazać ukrytą w niej poezję życia, które jest pełne piękna, które trzeba tylko umiejętnie wyeksponować. Dowodzi tego zwłaszcza scena taneczna, która uwydatnia piękno tancerzy zredukowanych do anonimowych postaci. W każdej chwili można odnaleźć dzieło sztuki, ulotne jak poszczególne sceny „Oliwii i chmur”.
Uczucia wyrażone poprzez kolory stanowią materię świata przedstawionego. To one powołują istnienie bohaterów i je podtrzymują choćby tylko pod łóżkiem utraconej ukochanej. Reżyser zastosował to rodzaj animowanej florografii (sztuki tworzenia obrazów z kwiatów) rozumiejąc ich podobieństwo polegające na bogactwie możliwych form. Nie ma dwóch jednakowych miłości. Każdy z nas ma tyle pąków, gałązek, listków i pędów, że z istnienia wielu spośród nich nie zdaje sobie sprawy dopóki jakiś barbarzyńca nie postanowi zdeptać ogrodu jego uczuć albo nie spustoszy go wichura.
Kolejną zaletą jest odwaga twórców, którzy nie bali się eksperymentować przy tworzeniu filmu i połączyć nie tylko różne techniki animacji ale również różne nurty artystyczne.
Film zachwycił publiczność Lubelskiego Festiwalu Filmowego. Po projekcji była długa i owocna dyskusja wskazująca na wartość LFF pozwalającego oglądać tak unikatowe filmy.
Aleksander Zbirański