Życie ze sztuką nierozerwalnie splecione

– Żałuję, że nie mogłam przyjechać do Lublina zwłaszcza, że był szczególnym miejscem w życiu Stefanii Świecy gdyż, na Majdanku, zginął jej pierwszy mąż . Jej etiuda filmowa w zestawieniu z przeżyciami wywołała we mnie wielkie emocje – mówi Maja Górczak, reżyserka krótkiego metrażu „Żeby tylko nas nie znaleźli”. Ze studentką łódzkiej filmówki rozmawia Aleksander Zbirański z Grupy Medialnej LFF

 

W ramach tegorocznej edycji LFF widzowie mogli zobaczyć film opowiadający historię jednej z pierwszych studentek Wyższej Szkoły Filmowej w Łodzi i autorki wspomnień z warszawskiego getta. „Żeby tylko nas nie znaleźli” Mai Górczak wykorzystuje archiwalne materiały, w tym szkolną etiudę bohaterki by opowiedzieć jej przeżycia z getta i polityczne represje z czasów PRL-u.

 

Dlaczego akurat ta bohaterka?

– Kiedy sama byłam na pierwszym roku studiów, szukałam pierwszej kobiety na reżyserii i dowiedziałam się, że już od początku było ich sporo. Kilka dosyć ważnych nazwisk jak Zofia Dwornik czy Ewa Petelska, ale po zapoznaniu się z ich etiudami i późniejszym życiorysami, historie wydały mi się już dość znane. A postać Stefanii Świecy nie jest w ogóle znana. Jej etiuda w zestawieniu z jej przeżyciami wywołała we mnie wielkie emocje.

Byłam bardzo szczęśliwa mogąc zrealizować film o jednej z pierwszych kobiet, które od początku Wyższej Szkoły Filmowej w Łodzi, w 1948, w niej studiowały. To co mnie urzekło to jej zdolność do przepracowania wspomnień, własnych emocji z najczarniejszego etapu życia. To, że opowiedzenie tego poprzez sztukę pozwoliło jej to zamknąć, oczyścić się.

Jak pracuje się na materiałach archiwalnych?

– Będąc studentką miałam praktycznie nieograniczony dostęp do archiwum uczelni. Wymagało to jednak sporo cierpliwości, bo to jak układanka. Czasami z jednego filmu bierze się kilka klatek. Pamiętam jak miałam łzy w oczach, kiedy na jednym z filmów znalazłam Stefanię wśród innych studentów.

Czy szukała pani też innych archiwaliów?

– Tak, w archiwum Wytwórni Filmów Oświatowych, bo tam praktykowała, ale ten film się nie zachował. Chciałam pozyskać materiały z „Ulicy Granicznej” Aleksandra Forda, przy której pracowała ale te materiały były poza zasięgiem budżetowym mojej etiudy. Robiłam też kwerendę w IPN-ie, gdzie znalazłam jej wniosek o umożliwienie wyjazdu do Izraela.

Czy koncepcja „Żeby tylko nas nie znaleźli” zmieniała się w czasie?

– Tak, najpierw chciałam wykorzystać tylko materiały z okresu, kiedy Stefania była w szkole filmowej, ale szybko okazało się to niewystarczające. W końcu czerpałam z etiud nawet z lat 90-tych. Razem z montażystką, Julią Oleksy odeszłyśmy również od figuratywności i ukazywania ludzkich postaci poza fragmentami z filmu Stefanii. Wcześniej było sporo twarzy, sylwetek, które umniejszały rolę Ryszardy Hanin.

(W 1949 roku Stefania Świeca (1919-2001) wyreżyserowała „Rafała z lasu”, trwającą niecałe 7 minut szkolną etiudę opowiadającą historię z czasów II wojny światowej. Bohaterami jest dwójka partyzantów Rafała-Zbigniew Skowroński i jego narzeczona Inka-Ryszarda Hanin, którzy ukrywają dwóch Żydów zbiegłych z transportu do obozu koncentracyjnego – przyp. red. za FilmPolski.pl)

Dlaczego fragment wspomnień o Stefanii, jej myśli o śmierci został pokazany dwa razy?

– Z zajęć zapamiętałam, że to informacja warunkuje emocje, więc na początku podaję widzowi informacje a potem dodaję kontekst. Zależało mi na tym, by podobnie jak Stefania, która równolegle spisuje swoje wspomnienia i tworzy etiudę, powtórzyć pewne rzeczy.

Kwestie starej Stefanii pochodzą z wywiadu z 1997. Komu i z jakiej okazji go udzieliła?

To był projekt zapoczątkowany jeszcze w czasach, gdy Steven Spielberg przygotowywał się do nakręcenia „Listy Schindlera” i przeprowadzano wywiady z Ocalałymi na całym świecie. To był pierwszy raz, kiedy Stefania Świeca opowiedziała, również rodzinie, o swoich przeżyciach.

W pani filmie wypowiedzi starej bohaterki są ściśle faktograficzne, brak w nich przemyśleń i zabarwienia emocjonalnego młodej Stefanii. Czy to odwzorowanie jej wypowiedzi z wywiadu?

– Tak, ciekawa dla mnie była ich szorstkość i chłód, które trudno było zilustrować obrazem. Nie wiedziałam jak informacje o samobójstwie Lolka (pierwszego męża) jakoś godnie przedstawić. W końcu widzimy dosyć eksperymentalne zniszczenia taśmy filmowej. Kwestie starszej Stefanii są też opowieścią o wydarzeniach, o których ona dowiedziała się dopiero po wojnie.

Dlaczego opublikowała swoje wspomnienia pod pseudonimem?

– Nazwisko Fidelseid to nazwisko panieńskie jej matki. Co do pochodzenia imienia Stella, jej córka i wnuczka nie mają pomysłu. Może Stefania chciała nabrać w ten sposób pewnego dystansu. Mogła to też być kwestia polityczna, ponieważ opublikowano je w syjonistycznym czasopiśmie („Nasze Słowo” – organ prasowy Poalej Syjon Lewica – przyp. AZ). Sam pomysł napisania wspomnień zawdzięcza Racheli Auerbach (historyczka, współtwórczyni archiwum Rigelbluma – przyp. AZ), która pracowała przy „Ulicy Granicznej” jako konsultantka.

Jej wykładowcy ocenili ją jako inteligentną i zdolną ale pozbawioną wyobraźni artystycznej. Zgadza się pani?

– Jej wspomnienia mają dużą wartość literacką i są bardzo dobrze skonstruowane dramaturgicznie. W tej opinii podkreślono również jej talent i realistyczne podejście do scen psychologicznych. Po takich przejściach brak elementu imaginacyjnego może być zrozumiały. Nie mogę jednak postawić ostatecznej diagnozy.

Jak pani wykładowcy zareagowali na taki temat filmu?

– Najbliżsi wykładowcy jak Maciej Drygas, który zajmuje się przede wszystkim archiwaliami, był bardzo wzruszony, podobnie Jacek Petrycki czy Marta Prus byli bardzo wspierający. Pamiętam też na egzaminie wielu członków komisji cieszyło się, że coś z zapomnianej przeszłości szkoły zostało odkurzone.

Chciałem zapytać o dobór lektorek czytających kwestie młodej i starej bohaterki…

– Maria Broniewska grała główną rolę w „Ulicy Granicznej”, przy której pracowała Stefania. Niestety jej nie pamiętała. Ale była to jedyna osoba, która była w jej orbicie. Z roku studiów Stefanii nikt już nie żyje. A Olgę Rayską poznałem jeszcze w szkole i zapamiętałam jej zainteresowanie przeszłością, taką wrażliwość historyczną.

Jak publiczność przyjmuje „Żeby tylko nas nie znaleźli”?

– Żałuję, że nie mogłam przyjechać do Lublina zwłaszcza, że był szczególnym miejscem w życiu Stefanii gdyż, na Majdanku, zginął jej pierwszy mąż. Najbardziej cieszę się jednak z pokazów w mniejszych miastach, bo jest większa bezpośredniość. Cieszy mnie też dopytywanie o historię bohaterki i szkoły filmowej w tamtych czasach. Reakcje są całkiem pozytywne. To dla mnie ważne bo Stefania nie dostała takiego wsparcia, czuję, że jest to hołd dla niej.

 

Rozmawiał Aleksander Zbirański

Podziel się ze znajomymi